Ja
Jestem dorosła. Jestem samotna wewnętrznie i bardzo brak mi jakiejś spójności, jedności przede wszystkim z samą sobą. Ostatnie lata uciekałam od samej siebie, od swoich potrzeb, swoich uczuć. Wyszłam właśnie naprzeciw siebie, bo zobaczyłam, że potrzebuję żyć i staram się to robić.
2 miesiące temu oznajmiłam mężowi, że chcę się rozstać. Byliśmy razem ponad 11 lat, ale to nie były lata wzajemnej, pełnej miłości, a czas mojego łapania radości z jakiegokolwiek kontaktu z Henrym. Henry mnie kochał, nawet bardzo, ale nie okazywał mi tego, bym nie poczuła się za pewnie. I bo nie potrafił. Byłam jego bezpiecznikiem, oazą, strażniczką, powierniczką. Wszystkim. Ale na jego zasadach. Jednostronnie. Za dużo we mnie spokoju, za silnie trzepoczą mi skrzydła, bym dalej dała się trzymać w tej klatce. No i nie chcę już nigdy więcej siedzieć z przygotowanym na wyświetlaczu telefonu do wybrania 112...
Cofam się w czasie i zastanawiam się jakim cudem w to weszłam. Tamto lato bardzo nam sprzyjało. Jemu spodobał się mój życiowy temperament i nawet jakiś czas podążał tym rytmem, a potem zaczął z tym walczyć. Dawna Poly była pełna energii i humoru. Rwała się do kontaktu ze światem, naturą. Kochała wiatr, piasek, i trawę za to, że zieloną jest. Lubiła się ruszać, ciągle gdzieś ją nosiło, ale lubiła też przystanąć, czuć dotyk, oddech i wewnętrzne ciepło płynące gdzieś z głębi pocałunków. I to jest coś, czego nie dostałam.
Ten rok był trudny. Nie był zły. Był fajny i przełomowy. Był rokiem mojej przemiany. Jeszcze się nie skończył! Najpierw były myśli, potem słowa. Pierwsze słowa z wczesnej wiosny. Jeszcze niepewne do końca i puszczone mimo uszu przez Henrego. "Nie chcę z Tobą być". Nigdy ich nie użyłam w emocjach. Tego dnia nie kłóciliśmy się. A jednak nie przyjął, że coś się stało i że już nie ma żadnej innej opcji.
To była moja walka ze sobą. I walka o siebie. Zaczęłam stukać w tę bańkę w koło mnie. Zaczęłam wychodzić z siebie. I to dosłownie. Miałam swoją Narnię zeszłej zimy, gdzie jeździłam płakać. Zeszłej zimy było pięknie. Chyba ten śnieg przypomniał mi jak ja bardzo kocham świat i jak bardzo chcę w niego wniknąć. Jeździłam do tej swojej Narnii na parking i w aucie na głos płakałam. A za szybą auta wirował piękny puchaty śnieg.
Wróciłam do jazdy na rolkach po kilkunastu latach. A to jak mi szło na początku tego sezonu, to idealna alegoria tej całej mojej walki ze sobą. Najpierw się wypier*oliłam. Na tyłek. Boleśnie. Jak we wrześniu tego roku, gdy dosadnie po raz drugi oznajmiłam Henremu. "Henry, to jest koniec. Już nie jesteśmy razem. Ja już nie chcę i nic tego nie zmieni". 3 tygodnie robił afery. Bolało.
Ale z tymi rolkami nie odpuściłam. Kupiłam inne, dziecięce - największy rozmiar. Dziecięce są wolniejsze. Ze wzniesienia zjeżdżałam na hamulcu, zastanawiając się po kiego się za to wzięłam. Po paru tygodniach wróciłam do rolek fitness i śmigam ze wzniesienia z otwartymi ramionami. Jeszcze ogarniam jazdę tyłem. Nie odpuszczę.
Wracam do spacerów, do siebie... Może do pisania. Może uda się do pomagania innym. Choć teraz z małymi ogonkami. Obiecałam kiedyś starszemu synkowi dużo, ale jeszcze zanim się urodził. Napisałam do niego coś kiedyś i zawsze starałam się dotrzymać tych słów:
Pokażę Ci tyle piękna, ile sama zaznałam. Pokażę Ci piękno natury: jak wiatr kołysze liśćmi wierzby nad rzeką, jak wróble kąpią się w rozgrzanym piasku, czym różni się zapach pola łanów zbóż od zapachu podmiejskich lasów. Nauczę czerpać energię ze wchodów słońca, ze smaku płatków śniegu.
Ale nie było w tym Henrego. Był zawsze gdzieś obok.
Ale ten rok się jeszcze nie skończył 🙃
Poly
Komentarze
Prześlij komentarz